Felix Mendelssohn-Bartholdy (1809-1847)
IV Symfonia A-dur op. 90 „Włoska”
Wkrótce po zaprezentowaniu 11 marca 1829 roku w berlińskiej Singakademie odkrytej na nowo Pasji wg św. Mateusza Johanna Sebastiana Bacha, dwudziestoletni Felix Mendelssohn rozpoczął czas wielkich europejskich podroży. Wpierw wyruszył do Anglii i Szkocji, i muzycznym owocem wyprawy stać się miały później znakomita uwertura Hebrydy, czyli Grota Fingala oraz III Symfonia a-moll „Szkocka”. W rok później, 18 października 1830 roku był już w Wenecji – i z entuzjazmem pisał: „Oto Italia! To, co od momentu, gdy zacząłem myśleć, było dla mnie synonimem najwyższej radości życia, teraz się właśnie zaczęło. Rozkoszuję się tym!”. Wcześniej odwiedził jeszcze Wiedeń, miasto nieśmiertelnych Klasyków – i rozczarował się: „Nikt z najlepszych pianistów i pianistek nie zagra tu nawet nuty Beethovena, a gdy rzekłem, że nie można lekceważyć ani jego, ani Mozarta, usłyszałem: «Och! To znaczy, że podziwia Pan muzykę klasyczną?»”. Tak, bo Mendelssohn z natury był klasykiem, prawdziwym klasykiem epoki romantyzmu. W domu rodzinnym takie właśnie odebrał wyksztalcenie: łacina, grecka tragedia, włoscy mistrzowie renesansu. Kiedy zaś Karl Zelter, jego muzyczny pedagog, a zarazem dyrektor berlińskiej Singakademie, dokonywał symbolicznego „wyzwolenia” Felixa, czynił to „w imieniu Mozarta, Haydna – i papy Bacha”. Młodzieniec miał wtedy lat piętnaście. Teraz zaś przybywał do Italii – jak niegdyś Heinrich Schütz i inni Deutschvenezianer, jak Johann Winckelmann, jak Goethe, czy też owi „Nazareńczycy”, którzy pragnęli malować jak Rafael. Chciał chłonąć ducha Italii, sycić się jej kulturą, podziwiać piękno niezliczonych arcydzieł. Z Wenecji udał się do Florencji, stamtąd do Rzymu, Neapolu, Mediolanu. Planował zimą ukończyć w Rzymie Symfonię „Szkocką”, jednak zupełnie nie potrafił tutaj uchwycić jej „mglistego nastroju”. Zaczął więc pisać nową, już w Wenecji poczynił zresztą pierwsze szkice.
Nowa symfonia będzie całkowicie odmienna: tamta, „Szkocka” (ukończy ją dopiero w 1842 roku!), była w a-moll, rozległa w architektonicznym planie, oparta na „szerokich” myślach tematycznych; ta, „Włoska” – w słonecznym A-dur, zwarta w formie, pulsująca żywymi rytmami i melodiami. Jak owo pierwsze, porywające energią Allegro vivace, którego witalność zdaje się wyrastać wprost z pierwszego Vivace z VII Symfonii A-dur Beethovena.
W symfonii „Włoskiej” jedynie drugie Andante con moto wyłamuje się z radosnego klimatu. Wyraz tej części zwykle łączono z obrazem tłumu pielgrzymów podążających do odległej świątyni, bądź z ceremoniami żałobnymi i pogrzebem papieża Piusa VIII, którego świadkiem był kompozytor. Jednak właściwy trop będzie inny: kompozytor przywołuje tu melodię pieśni o Królu z Thule (Der König vo Thule, do fragmentu z Fausta Goethego) swego dawnego nauczyciela Carla Zeltera, który w tym właśnie czasie zmarł w dalekim Berlinie – i stąd zapewne owa nuta tęsknoty, zadumy, nad historią, przemijaniem, wiecznością.
W części trzeciej Con moto moderato powraca jednak nastrój klasycznej pogody: to nie scherzo, lecz wdzięcznie stylizowany menuet, rodzaj lekkiego intermezza w całości symfonicznego cyklu. Są zwolennicy łączenia tej muzyki z uroczym wierszem Goethego Park Lili, a nawet w słynnym akordowym „odezwaniu” rogów i fagotów doszukują się niedźwiedzich pomruków (bo w „menażerii” Lili będzie też miś!), ale to już chyba gruba przesada.
Finałowe Presto to raz jeszcze eksplozja muzycznego żywiołu. Zapewne pobyt w Neapolu podpowiedział Mendelssohnowi takie zwieńczenie: porywający taniec saltarello, gdzie kompozytor, podobnie jak wiele lat później Czajkowski w IV Symfonii – zdaje się schodzić między prosty lud, „by radować się jego radościami”. Zaś muzyczny trop tej części znów prowadzi ku klasycyzmowi: ku porywającemu finałowi Symfonii A-dur KV 201 Mozarta, powstałej niedługo po włoskich podróżach kompozytora!
Symfonia „Włoska” to dzieło genialne, więc jeszcze łyżka dziegciu. O ile Mendelssohn zafascynowany był Italią – pięknem samego kraju i jego „wysoką kulturą, o tyle niejedno miał do zarzucenia mieszkańcom: ubolewał, że ludzie bazgrają w loggiach Rafaela, że Sąd Ostateczny Michała Anioła zastawiono wielkim ołtarzem, że komnaty w Villa Madama, zdobione przez Giulio Romano, służą za oborę dla bydła. Pisał: „Mają religię, w którą nie wierzą, papieża i rząd, których wyśmiewają, wspaniałą i bohaterską przeszłość, którą lekceważą”. Narzekał, lecz ulegał biologicznej, witalnej sile narodu tej ziemi – w sposób może nawet do końca nieuświadomiony. Sile tej nie potrafili się jednak oprzeć nawet flegmatyczni z natury Anglicy: właśnie w Londynie, 13 maja 1833 roku Mendelssohn po raz pierwszy zaprezentował publiczności swoją „Włoską” symfonię. Dzieło przyjęto z entuzjazmem, a prawomocność werdyktu Wyspiarzy nieoczekiwanie potwierdzona została niejako u samego źródła – głosem Niccolo Paganiniego, który zrządzeniem Opatrzności znalazł się właśnie na owym koncercie, na drugim krańcu Europy – największy z ówczesnych włoskich muzyków!
Stanisław Kosz